Tegoroczna Pasja Beskidzka w Brennej była wydarzeniem szczególnym. Nie tylko dlatego, że zgromadziła wielu widzów mimo przenikliwego chłodu, ale również dlatego, że została oparta na zupełnie nowym scenariuszu, wystawianym w tym roku po raz pierwszy. Kto zna wcześniejsze odsłony Pasji, ten wie, że poprzedni scenariusz dawał większą możliwość skracania, wybierania pewnych scen czy dostosowywania całości do lokalnych warunków. Tym razem było inaczej. Scenariusz osnuty wokół wydarzeń Wielkiego Tygodnia był bardziej zwarty, bardziej wymagający i przez to znacznie trudniejszy do przeniesienia w realia breńskiego amfiteatru.
A jednak się udało.
To, co z początku mogło wydawać się w naszych warunkach scenicznych niemal niemożliwe albo przynajmniej bardzo trudne do wykonania, dzięki ogromnej pracy, odwadze i zaangażowaniu wielu osób zostało przygotowane i wystawione. Oczywiście trzeba było dokonać pewnych uproszczeń. Droga Krzyżowa została skrócona, nie pokazano wszystkich jej elementów, bo wymagała tego sama przestrzeń, możliwości techniczne i logika widowiska wystawianego w amfiteatrze. A jednak mimo tych skrótów udało się zachować to, co najważniejsze: duchową, teologiczną i artystyczną spójność przedstawienia. W gruncie rzeczy była to wciąż ta sama Pasja: głęboka, poruszająca, prowadząca widza przez tajemnicę cierpienia, śmierci i zwycięstwa Chrystusa.
Było przy tym naprawdę bardzo zimno. Ci, którzy tego wieczoru zasiedli na widowni, dobrze to pamiętają. Tym bardziej trzeba docenić zarówno aktorów, jak i publiczność, że potrafili wytrwać. W tym chłodzie było coś z dodatkowej próby, jakby samo uczestnictwo w tym wydarzeniu wymagało nie tylko obecności, ale także cierpliwości, skupienia i zgody na trud. I może właśnie dlatego to przeżycie zapadło w pamięć jeszcze mocniej.
Dla mnie osobiście była to kolejna ważna odsłona tej historii, ponieważ już trzeci raz towarzyszę Pasji Beskidzkiej i ludziom, którzy ją współtworzą. Mogę powiedzieć, że w pewnym sensie czuję się częścią tej pasyjnej rodziny. Może trochę z boku, może nie tak intensywnie, jak ci, którzy spotykają się przez cały rok i mają ze sobą znacznie więcej punktów styczności. Ja sam najczęściej jestem przy nich właśnie przy okazji przygotowań do kolejnych wystawień, zwłaszcza gdy Pasja przyjeżdża do Brennej. A jednak przez te lata zobaczyłem w tej ekipie coś naprawdę pięknego: ogromne serce, entuzjazm, życzliwość, otwartość i szczere oddanie temu dziełu.
Muszę też uczciwie przyznać, że moje początkowe nastawienie mogło dla niektórych wyglądać na sceptyczne. Ale nie brało się ono z niechęci. Brało się raczej z troski. Trzeci raz towarzyszyłem temu dziełu i dobrze wiedziałem, że nie jest ono ani proste, ani lekkie do przeniesienia w nasze warunki. Nawet jeśli mówimy o teatrze amatorskim, to przecież nie mamy do czynienia z czymś przypadkowym czy robionym byle jak. To jest dzieło tworzone przez ludzi, którzy od lat je szlifują, uczą się go, niosą je i dojrzewają razem z nim. Artyści z Żywca przyjechali do nas za darmo. Jedyne, co wynieśli z Brennej, to nasze otwarte serca, naszą gościnę, naszą radość. A przecież sami nas przy tym ubogacili ogromnie. Tym bardziej czułem, że nie wolno tego dzieła zubożyć, oszkapić, pozbawić rozmachu, sensu i siły przekazu. Byłoby wielkim grzechem wobec ich pracy i wobec samej treści Pasji, gdybyśmy na siłę wciskali rozwiązania, które odbierałyby temu przedstawieniu jego prawdę, wagę i piękno.
Tegoroczny scenariusz miał też wyjątkową siłę samej treści. Nie prowadził widza jedynie przez kolejne etapy męki Jezusa, ale szerzej ukazywał całą dynamikę Wielkiego Tygodnia. Rozpoczynał się od Betanii, od domu Łazarza, od atmosfery bliskości, wdzięczności i zapowiedzi czegoś większego. Przechodził przez kolejne wydarzenia: namaszczenie Jezusa, wjazd do Jerozolimy, napięcie narastające wokół Niego, Ostatnią Wieczerzę, modlitwę w Ogrójcu, zdradę, pojmanie, proces, mękę i śmierć. Ale ten scenariusz wydobywał także mocniej pewne symbole i momenty, które w tym roku wybrzmiały szczególnie: rozdarcie szaty Kajfasza, rozdarcie zasłony Przybytku, zejście Chrystusa do odchłani i obraz Adama oraz Ewy oczekujących na Tego, który przychodzi wyprowadzić człowieka z ciemności. Dzięki temu Pasja nie była tylko opowieścią o cierpieniu. Stawała się opowieścią o zbawieniu człowieka od samego początku jego historii.
Bardzo mocno wybrzmiewał motyw odchłani, zejścia Chrystusa w najciemniejsze przestrzenie ludzkiego losu, aby stamtąd wyprowadzić człowieka ku światłu. Temu służyły również konkretne rozwiązania sceniczne: przygotowany z przodu tunel, ciemność, ognie, efekty świetlne, taniec ognia, a także żywa obecność owieczek i gołębi, które dopełniały całego obrazu. Bardzo mocnym doświadczeniem był również zapach kadzidła. Nie tyle unoszącego się nad samą sceną, ile niesionego przez dwóch chłopaków, którzy przechodzili z nim pomiędzy widownią. To właśnie ten zapach, obecny pośród ludzi, budował szczególne wrażenie sacrum i pomagał poczuć, że nie oglądamy jedynie przedstawienia, ale uczestniczymy w czymś głębszym.
Chcę więc najpierw bardzo serdecznie podziękować całej żywieckiej ekipie artystów. To jest naprawdę osobny świat ludzi, którzy nie przyjeżdżają na występ, ale przywożą ze sobą serce, doświadczenie, czas i ogrom pracy. Oni naprawdę chcieli tu być. I to jest tym bardziej poruszające, jeśli pamięta się, że do Brennej przyjechali już bardzo zmęczeni tym, co wcześniej wydarzyło się w Żywcu. Za nimi były przecież miesiące przygotowań, godziny prób, tygodnie szlifowania każdego szczegółu, całe dni spędzone w żywieckim amfiteatrze na budowie i przygotowywaniu tamtej przestrzeni. Ich przyjazd do Brennej nie był więc lekkim dodatkiem, ale kolejnym wielkim wysiłkiem podjętym już po naprawdę ogromnej pracy. Tym bardziej trzeba to docenić.
Szczególne słowa wdzięczności kieruję do księdza Grzegorza Kierpca. Za odwagę, za podjęcie nowego scenariusza i za to, że nie zatrzymał się na tym, co znane i sprawdzone. Takie dzieła nie rodzą się z przypadku. Potrzeba odwagi, by szukać nowego języka opowiedzenia Męki Pańskiej, by podjąć ryzyko, by nie powtarzać tylko tego, co już było, ale próbować na nowo wydobyć głębię tej samej tajemnicy. Za tę odwagę i konsekwencję należą się słowa prawdziwego uznania.
Bardzo dziękuję również Eugeniuszowi Jachymowi, reżyserowi, za godziny pracy, za obecność, za cierpliwość i ogrom pomocy. Szczególnie chcę podkreślić jego otwartość i życzliwość, także wobec mnie osobiście. Mimo wielkiego doświadczenia, mimo ogromnej klasy i mimo wieku, który każe patrzeć na niego z szacunkiem, nigdy nie miałem wrażenia, że patrzy z góry na młodszego. Przeciwnie, traktował mnie po partnersku, z prostotą, serdecznością i spokojem. To bardzo cenne. A przecież trzeba pamiętać, że godził on reżyserię z byciem aktorem, wcielając się w postać Judasza, i to w scenach naprawdę poważnych i wymagających. Tym bardziej jego wkład zasługuje na wyraźne uznanie.
Ze szczególną wdzięcznością myślę także o Barbarze Marek, która jako producentka czuwała nad całością, oraz o siostrze Jolancie Marek, która razem z nią bardzo konkretnie uczestniczyła w przygotowaniu tego wszystkiego od strony organizacyjnej, scenicznej i praktycznej, zarówno w Żywcu, jak i tutaj, w Brennej. Bez ich pracy, ich czuwania, ich obecności i ich odpowiedzialności nie bylibyśmy w stanie tego udźwignąć. W takich dziełach są osoby, które widać na pierwszym planie, i są też takie, które spinają całość, pilnują porządku, myślą kilka kroków naprzód i czuwają nad tym, żeby wszystko się zgrało. Właśnie do takich osób należały Basia i Jola. Ich praca była niezwykle ważna i naprawdę domaga się wyraźnego docenienia.
Dziękuję także wszystkim tym z żywieckiej ekipy, których trudno wymienić z imienia i nazwiska, a bez których to dzieło po prostu nie mogłoby zaistnieć. Za ich obecność, za uśmiech, za życzliwość, za gotowość do pomocy, za pogodę ducha mimo zmęczenia. W takich momentach widać, że Pasja Beskidzka nie jest tylko projektem artystycznym, ale wspólnotą ludzi, którzy naprawdę wierzą w sens tego, co robią.
Trzeba też wyraźnie docenić stronę wizualną tegorocznego przedstawienia. Scenografia, stroje, rekwizyty, rozwiązania plastyczne, wszystko to w nowym scenariuszu wymagało świeżego myślenia. W Żywcu można było zastosować rozwiązania, które u nas były po prostu niemożliwe do powtórzenia. Tam na przykład dziedziniec Piłata był osadzony na obrotowym rusztowaniu, a nasza scena jest przecież znacznie mniejsza, niższa i ma całkiem inny układ widowni. Trudno było w Brennej ustawiać konstrukcję o takich gabarytach. Trzeba więc było szukać nowych rozwiązań. Udało się znaleźć prostszy, ale skuteczny sposób, choćby z wykorzystaniem firany, która ostatecznie sprawdziła się bardzo dobrze. Ale wcześniej była to także wielka niewiadoma. I właśnie to jest ważne: za jednym scenicznym obrazem stoją nie tylko pomysły, ale także ryzyko, szukanie, poprawianie i niepewność, czy wszystko zadziała tak, jak zostało zaplanowane.
Osobnego uznania wymaga także to, co dla widza nieraz wydaje się oczywiste, a w rzeczywistości jest jednym z najtrudniejszych elementów całego przedsięwzięcia: światło i dźwięk. Dziękuję tu szczególnie Grzegorzowi Studenckiemu, ekipie Audiomaster oraz wszystkim odpowiedzialnym za oświetlenie i nagłośnienie. Trzeba uczciwie powiedzieć: to wszystko działo się praktycznie bez pełnej próby generalnej. Nie było na nią czasu. Nie sposób przecież w jasny dzień i przy zupełnie innych warunkach naprawdę sprawdzić tego, jak zadziała wieczorne światło amfiteatru. Wiele rzeczy musiało więc pójść na żywca. Jedna próba to zdecydowanie za mało, by dopiąć każdy szczegół tak, jak chciałby to zrobić profesjonalista. A jednak mimo ograniczeń czasowych, mimo trudnej lokalizacji, mimo bardzo wielu obaw udało się stworzyć przestrzeń, która niosła emocję, skupienie i prawdziwy klimat misterium.
Bardzo ciekawym i wymagającym rozwiązaniem było także to, że w postać Chrystusa wcielały się trzy osoby. Jedna ukazywała Jezusa ubiczowanego i umęczonego, druga wprowadzała Go w inne sceny, trzecia pojawiała się już po wyjściu z grobu, nadal z widocznymi ranami. To był pomysł odważny, ale też bardzo wymowny. Pokazywał, że Pasja nie jest tylko ciągiem scen, lecz próbą uchwycenia tajemnicy Chrystusa cierpiącego, umierającego i zwyciężającego.
Dla mnie samego tegoroczna edycja miała jeszcze jeden bardzo osobisty wymiar. W ostatniej chwili okazało się, że zabraknie aktora, który miał zagrać Malchusa, sługę arcykapłana i strażnika świątynnego. Zostałem poproszony, by wejść w tę rolę, choć tak naprawdę wcale nie znałem scenariusza i nie widziałem całości przed momentem wyjścia na scenę. Było to dla mnie duże zaskoczenie, ale też niemała trudność. W gruncie rzeczy musiałem zaufać tym, którzy byli obok. Usłyszałem proste, braterskie słowa pełne życzliwości od chłopaków grających strażników: „Trzymaj się nas, będzie dobrze”. I właśnie w tym drobnym epizodzie zobaczyłem coś bardzo pięknego: ich serdeczność, prostotę i koleżeństwo. Zostałem włączony w coś, czego nie planowałem, a co dzięki nim mogłem przeżyć nie tylko jako zadanie, ale jako przygodę.
I rzeczywiście była to piękna przygoda. Nie tylko ta sceniczna, rozgrywająca się od piątku do niedzieli, ale dużo wcześniejsza. Bo wszystko zaczęło się od rozmów, od pierwszych ustaleń, od wyjazdów do Żywca, żeby zobaczyć, jak ten nowy scenariusz wygląda i co z niego będzie można przenieść do Brennej. Potem przyszły kolejne etapy: przygotowania, ustalenia, mierzenie się z przestrzenią amfiteatru, z logistyką, z możliwościami i ograniczeniami miejsca. I to wszystko nie było proste także dlatego, że nawet w samym Żywcu na pierwszych spotkaniach przed Niedzielą Palmową nie wszystkie rozwiązania były jeszcze do końca przyjęte. Tym trudniejsze było później przeniesienie tego na nasz grunt. Trudno przecież, żebyśmy tutaj uczyli aktorów, reżysera czy autora scenariusza, jak mają wybrzmieć poszczególne sceny. Naszym zadaniem było raczej przyjąć to dzieło odpowiedzialnie, dostosować przestrzeń, pomóc mu wybrzmieć i nie odebrać mu jego siły.
Już od Wielkiego Poniedziałku trwały intensywne prace przy budowie scenografii. Pracownicy MCK Żywiec poświęcili na to kilka solidnych dniówek. Trzeba było rozplanować, przywieźć podesty, elementy sceniczne, tunel, dekorację i rekwizyty a potem wszystko na miejscu ustawić, dopasować i zmontować. W tym miejscu trzeba też z wdzięcznością wspomnieć Marka Regla, dyrektora MCK Żywiec, który od początku życzliwie wspiera to dzieło, a przy pierwszym wystawieniu był de facto jednym z tych, którzy pomogli nadać mu realny kształt. To wsparcie, podobnie jak przychylność szerzej władz miasta Żywca, ma znaczenie nie tylko organizacyjne, ale bardzo konkretne i wymierne. Trudno nie zauważyć, że gdyby przyszło nam własnym sumptem wynajmować wszystkie konstrukcje i budować to zaplecze od podstaw, byłby to koszt, którego po prostu nie bylibyśmy w stanie udźwignąć. Tym bardziej wdzięczność za tę pomoc jest szczera i głęboka. A po spektaklu to przecież nie był koniec: rozbieranie, porządkowanie, zabezpieczanie i doprowadzanie wszystkiego do ładu trwało jeszcze przez kolejne dni.
Patrząc na to wszystko, mam w sobie przede wszystkim wdzięczność. Za ludzi, którzy nie bali się trudu. Za tych, którzy przyjechali mimo zmęczenia, zimna i niewygody. Za tych, którzy pracowali mimo ograniczeń i presji czasu. Za tych, którzy mieli w sobie uśmiech, otwartość i radość, choć pracy było naprawdę bardzo dużo.
Takie dzieła nie powstają same. Tworzą je ludzie z pasją. Ludzie, którym się chce. Ludzie, którzy potrafią połączyć talent z ofiarnością. I właśnie za tę ofiarność, za tę odwagę i za ten wspólny wysiłek całej żywieckiej ekipie artystów z serca dziękuję.
Ale ta historia ma także drugie skrzydło. Jeśli pierwsze należy do tych, którzy przywieźli do nas to dzieło, to drugie należy do tych, którzy tutaj, w Brennej, przyjęli je, pomogli mu wybrzmieć, otoczyli je pracą, życzliwością i sercem.
Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim tym, którzy po naszej stronie włączyli się w przygotowanie całego tego wydarzenia. Takie dzieło nie dokonuje się samo. Ono potrzebuje nie tylko sceny, światła i aktorów, ale także ludzi dobrej woli, konkretnych rąk do pracy, dyspozycyjności, życzliwości i serca. I właśnie tego serca w Brennej nie zabrakło.
Dziękuję tym, którzy życzliwie wsparli to wydarzenie od strony organizacyjnej i instytucjonalnej, pomagając nam je przyjąć i zrealizować. To wsparcie było ważne, ale jeszcze ważniejsze było to, że spotkaliśmy się z otwartością i przychylnym spojrzeniem na całe to dzieło.
Szczególne podziękowanie chcę skierować do Łukasza Muschioła wraz z pracownikami Gminnego Ośrodka Promocji, Kultury i Sportu w Brennej oraz Beskidzkiego Domu Zielin Przytulia. Dziękuję za dużą dyspozycyjność, zaangażowanie, przygotowanie grafik, pomoc organizacyjną, podejmowanie aktorów, rozładunek, gościnę i wielką życzliwość. W tym roku było czuć, że weszliście w to dzieło mocniej niż zazwyczaj. I za to bardzo dziękuję.
W sposób szczególny chcę podziękować Gabrieli Sikorze. Zrobiła kawał dobrej roboty i była taką dobrą duszą tego wszystkiego, dobrą duszą pełną optymizmu, pokoju i radości. Jeździła ze mną do Żywca, pomagała lepiej zobaczyć, jak ten nowy scenariusz ma wybrzmieć, a później tutaj, na miejscu, bardzo konkretnie wspierała przygotowania i pomagała przy tym, co dało się po naszej stronie zrobić, aby choć trochę odciążyć ekipę żywiecką. Oczywiście wszyscy mieliśmy świadomość, że nie jesteśmy w stanie przejąć ich pracy ani zastąpić reżysera, scenografa czy ludzi, którzy to dzieło znają od środka. Trudno przecież uczyć twórców ich własnego dzieła. Ale właśnie dlatego tym bardziej cenny był każdy gest realnej pomocy, każde wsparcie i każda obecność. A przy Gabrieli Sikorze były także Janina Greń, Małgorzata Greń, Aleksandra Kościuczyk i Grażyna Piela. Wam wszystkim dziękuję za czas, dyspozycyjność, godziny pracy i za serce włożone w to dzieło.
Szczególne słowa wdzięczności kieruję do Józefa Ferfeckiego oraz druhów z OSP Brenna Centrum. Józek był przy tym dziele bardzo blisko: jeździł ze mną do Żywca, pomagał, wspierał, współorganizował wiele spraw, a równocześnie mobilizował także strażaków do konkretnej pomocy. Dziękuję za stawianie banerów, za przygotowanie terenu, za rozładunek i załadunek sprzętu, za porządkowanie, za zabezpieczenie medyczne i za czuwanie nad bezpieczeństwem. Dziękuję również za to, że nawet po nocnej akcji gaśniczej nie zabrakło gotowości, by dalej przyjść i pracować razem z nami. To naprawdę budzi szacunek. Przy tej okazji chcę podziękować także Michałowi Greniowi, który z wielką gotowością pomagał przygotować potrzebne elementy niemal z chwili na chwilę.
Serdecznie dziękuję także księdzu proboszczowi Jerzemu Pytraczykowi za nagłaśnianie Pasji w mediach. Od lutego przejął na siebie prowadzenie i odpowiedzialność za całość mediów społecznościowych parafii, dlatego tym bardziej dziękuję mu za to, że stał także za promocją tego wydarzenia i był jego twarzą w przestrzeni medialnej.
Bardzo dziękuję także Leszkowi Pilchowi oraz pozostałym pracownikom parafii za dyspozycyjność, życzliwość i konkretną pomoc przy tym wszystkim, co trzeba było przygotować, przenieść, ustawić i uporządkować. Przy takich dziełach bardzo wiele opiera się właśnie na ludziach, na których po prostu można liczyć, i za taką obecność oraz gotowość serdecznie dziękuję.
Dziękuję również wszystkim, którzy spontanicznie przyszli pomóc przy dekoracjach, przygotowaniach i sprzątaniu: Jakubowi Sikorze, Katarzynie i Tomaszowi Ferfeckim, Barbarze Holeksie, Emilii Holeksie, Rolandowi Czupalli oraz wszystkim innym, którzy po prostu byli wtedy, kiedy trzeba było być a których twarzy i imion nawet nie zdążyłem zapamiętać. To są często rzeczy niewidoczne z perspektywy widza, a przecież właśnie one pozwalają, by całość mogła się odbyć spokojnie, godnie i bez niepotrzebnego chaosu.
Osobno chcę podziękować Grzegorzowi Klupie za pomoc przy przygotowaniach, a także za bardzo ładne zdjęcia, które pomogły zatrzymać to wydarzenie w pamięci i pokazać jego klimat także tym, którzy patrzą później na nie już z dystansu.
Bardzo dziękuję Januszowi Kominkowi za wykonanie drewnianych ram i pomoc przy przygotowaniu stelaży do banerów. Dziękuję również Jankowi Stasiowi za przygotowanie koszoru dla owiec, którego elementy ostatecznie stały się także częścią konstrukcji tunelu, z którego wychodzili aktorzy. Takie rzeczy pokazują, że przy tym dziele nic się nie marnowało, a pomysłowość i gotowość do szukania rozwiązań były naprawdę ogromne.
Dziękuję Szkółce Drzew Ozdobnych Anna, Dariusz i Dominik Dzida za wypożyczenie krzewów, które pomogły zbudować odpowiedni klimat scenografii. Dziękuję Ireneuszowi Glajcowi za udostępnienie gołębi do sceny oczyszczenia świątyni. Dziękuję także Leszkowi i Barbarze Greń z Bacówki za wypożyczenie owiec, które dopełniły scen targu i paschalnego obrazu przedstawienia. To wszystko były elementy może drobne, ale bardzo ważne, bo właśnie one budowały wiarygodność i plastyczną siłę całego widowiska.
Ogromnie dziękuję także tym, którzy zadbali o gościnę i o to, by nasi goście naprawdę mogli poczuć się tutaj dobrze przyjęci. Dziękuję Jolancie i Bronisławowi Bonk z Karczmy na Kamieńcu za przygotowanie piątkowej kolacji i sobotniego śniadania. Dziękuję Piekarni Byrdziak za chleb. Dziękuję Piekarni GS Brenna za drożdżówki i ciasta. Dziękuję Wiarus BIS za napoje. Dziękuję także Małgorzacie Sikorze z Restauracji Beskid za przygotowanie okrągłych chlebków do sceny Wieczernika, z których korzystali aktorzy podczas przedstawienia.
Z całego serca dziękuję również wszystkim kobietom, które upiekły ciasta. To także jest ważna część tej gościnności, może niewidoczna z perspektywy sceny, ale bardzo mocno odczuwalna przez tych, którzy tu pracowali od rana do nocy. Dziękuję: Agnieszce Zorembie, Justynie Holeksie, Małgorzacie Holeksie, Małgorzacie Greń, Krystynie Żyłce, Joannie Grajewskiej, Jadwidze Szlagowskiej, Danucie Gańczarczyk, Marii Musioł, Annie Brodzie, Annie Greń i Marzenie Klejczyk.
Serdeczne podziękowanie kieruję także do Koła Gospodyń Wiejskich w Brennej, na ręce Heleny Greń i Heleny Pagieły, a także wszystkich pań, które razem z nimi przygotowały ciepły posiłek. Dziękuję za to dobro, które się za tym kryło, za gotowość do pomocy i za to, że kolejny raz odpowiedziałyście na prośbę o wsparcie. Takie rzeczy nie zawsze widać, ale to właśnie one sprawiają, że ludzie czują się przyjęci, zaopiekowani i potraktowani jak u siebie.
Dziękuję również wszystkim ludziom dobrej woli, którzy swoją ofiarą do puszek wsparli przygotowanie tego dzieła. Ta pomoc była dla nas bardzo cenna i bardzo konkretna. Dzięki niej udało się choć trochę zbilansować całe to przedsięwzięcie. Tym bardziej dziękuję za każdy gest życzliwości i za każdą ofiarę złożoną z myślą o tym, by Pasja Beskidzka mogła wybrzmieć godnie i pięknie także tutaj, w Brennej. Dobrze wiemy, że gdyby nie pomoc wielu ludzi dobrej woli, ten wysiłek kosztowałby nas znacznie więcej. Dziękuję także służbie ołtarza, która pod opieką Leszka i księdza Adama podjęła się zebrania tych ofiar.
I może właśnie tu dochodzimy do czegoś najważniejszego. Bo było w tym wszystkim wiele rzeczy niewidocznych dla oka. Ktoś coś przywiózł, ktoś coś podniósł, ktoś przygotował posiłek, ktoś upiekł ciasto, ktoś posprzątał, ktoś zadbał o nocleg, ktoś podał herbatę, ktoś został chwilę dłużej, choć był już zmęczony. I właśnie to wszystko razem złożyło się na atmosferę, którą przyjezdni bardzo mocno odczuli.
Jedna z aktorek, Ania, która grała Marię Magdalenę, napisała mi po wszystkim, że czuli się tutaj jak w domu. To jest jedno z najpiękniejszych zdań, jakie można usłyszeć po takim wydarzeniu. Bo ono mówi nie tylko o organizacji, ale o sercu. O tym, że potrafiliśmy nie tylko coś przygotować, ale także przyjąć człowieka.
W niedzielny poranek, kiedy po wszystkim przyjechałem jeszcze do tych, którzy nocowali za amfiteatrem, usłyszałem słowa, które bardzo mocno zapadły mi w serce: macie wspaniałych ludzi. I to zdanie chcę wam dziś powtórzyć.
To jest o was, drodzy parafianie. O was, kochani widzowie. O was, wszyscy pomagający. Naprawdę bije od was życzliwość, otwartość i gotowość do pomocy. Macie dobre serca. I właśnie za te dobre serca chcę wam z całego serca podziękować. Także za każdą pomoc, której mogłem nie zauważyć, nie dostrzec i której dzisiaj nie umiem już nazwać po imieniu. Nikogo nie chcę pominąć, a wiem, że przy tak wielkim wspólnym dziele łatwo kogoś niechcący przeoczyć.
Powiem też bardzo osobiście: odbieram to wszystko również do siebie, jako księdza, jako człowieka, który jest pośród was. Czuję, że trzeba was traktować jak równych partnerów, trzeba was cenić i trzeba o was dbać. Tylko wtedy będziemy umieli razem wydobywać ten potencjał, który drzemie w was i w nas. Tylko wtedy będziemy zdolni robić rzeczy wielkie, piękne i naprawdę dobre.
A już dziś chcę powiedzieć jeszcze jedno: jeśli ktoś w przyszłych edycjach chciałby włączyć się w to dzieło, czy to jako aktor, czy jako pomocnik, czy jako ktoś, kto po prostu chciałby dołożyć swoje ręce, czas i serce do przygotowania Pasji, to serdecznie zapraszam do kontaktu. Takie dzieło wymaga naprawdę wielkiego, odpowiedzialnego i długiego przygotowania. Ale właśnie dlatego potrzebuje ludzi, którzy nie boją się zaangażowania i chcą współtworzyć coś pięknego.
Nie wyobrażam sobie życia bez waszej życzliwości. I naprawdę chciałbym być między wami jak najdłużej właśnie dlatego, że można się tu czuć jak swój między swoimi, jak człowiek przyjęty normalnie, dobrze i serdecznie.
Za to wszystko dziękuję.
ks. Jerzy Kajzar
Tegoroczna Pasja Beskidzka w Brennej była wydarzeniem szczególnym. Nie tylko dlatego, że zgromadziła wielu widzów mimo przenikliwego chłodu, ale również dlatego, że została oparta na zupełnie nowym scenariuszu, wystawianym w tym roku po raz pierwszy. Kto zna wcześniejsze odsłony Pasji, ten wie, że poprzedni scenariusz dawał większą możliwość skracania, wybierania pewnych scen czy dostosowywania całości do lokalnych warunków. Tym razem było inaczej. Scenariusz osnuty wokół wydarzeń Wielkiego Tygodnia był bardziej zwarty, bardziej wymagający i przez to znacznie trudniejszy do przeniesienia w realia breńskiego amfiteatru.










































